img 20170827 213849 324 11 1 - Jak nie dotarliśmy nad Morze Czarne
Ukraina,  Węgry

Jak nie dotarliśmy nad Morze Czarne

Sierpień 2017 upłynął w ciągłej pracy. Gdy pod koniec miesiąca mieliśmy 4 dni wolnego, decyzja została podjęta – jedziemy nad Czarne Morze, kąpiemy się i wracamy. Wszystko autostopem. Początek wyjazdu mieliśmy zaplanowany na czwartek wieczór, powrót tak byle zdążyć we wtorek do pracy. A oto jak wyszło w rzeczywistości.

2 plecaki spakowane, masa kanapek, krakersów i cienki kocyk jakby „trzeba było się gdzieś w nocy przespać, a zimno było”. Stanęliśmy przy ulicy na Borku Fałęckim i już 2 minuty później zatrzymała się pomoc drogowa. Facet był typem gaduły o czym dowiedzieliśmy się już 15 min później, gdy znaliśmy połowę faktów z jego życia, drużyny hokejowej jego syna i jego poglądów na dzisiejszą młodzież. Podwózka trwała aż do Rabki Zdrój gdzie nas wysadził i powiedział, że za godzinę będzie wracał swoim samochodem, to jak nadal będziemy to nas weźmie w lepsze miejsce.

No i faktycznie tak się stało, jako, ze przez godzinę bezskutecznie próbowaliśmy się wydostać z ciemnej wsi. Gy wylądowaliśmy na drodze wylotowej do granicy ze Słowacją czułam, że nam się uda, że pojutrze wykąpiemy się w morzu. Powoli zbliżała się godzina 22, a nadal nikt nie chciał nas zabrać.

DSC_7174

Nadzieja powraca

Zatrzymał się. Ciemny samochód zamigał światłami, a my biegiem ruszyliśmy w jego stronę. Jakiś facet i kobieta, przez całą drogę dyskutowali na przeróżne tematy i każdy z nich miał inny pogląd na daną sprawę. Trochę takie oglądanie sprzeczek kochanków z tylnego siedzenia. Jechali na Słowację na Air Show i okazali się tak sympatycznymi i zabawnymi ludźmi, że aż obiecałam przysłać im pocztówkę czy faktycznie udało nam się dostać nad Morze Czarne.

Wysadzili nas w centrum kraju w Bańskiej Bystrzycy już po północy, więc pierwsze skierowaliśmy się w poszukiwaniu hostelu. Jako, że w pobliskiej miejscowości miał być wyżej wspomniany Air Show, w pierwszym hostelu wszystkie miejsca były zajęte. Drugiego nie znaleźliśmy – podeszliśmy pod adres, ciemno, pukamy, wszyscy śpią albo nas nie chcą. Zmęczeni szukamy kolejnego miejsca, ale nic nie wskazuje na to by w tej malutkiej miejscowości cokolwiek jeszcze było. Decyzja została podjęta.

Spanie na boisku

Wchodzimy na teren boiska do piłki nożnej i liczymy na to, że nie obudzimy się rano w środku meczu. Nasz ekwipunek okazuje się nie wystarczający, bo karimata to nieco za mało aby uchronić dwie osoby od zimnej ziemi. a cienki kocyk zdecydowanie nie poradził sobie z wiatrem i chłodem. Chyba nie muszę mówić, że tabliczka kredowa, która służyła nam do zapisywania miast dla kierowców też skończyła pod moim tyłkiem. Poubierani we wszystkie dostępne koszulki, swetry i kurtki, przytuleni blisko jak para nastolatków w walentynki z plecakami pod głową próbowaliśmy zasnąć.

Co 15 min budziłam się z zimna i z utęsknieniem czekałam na słońce i ranek. O godzinie 3:30 definitywnie stwierdziliśmy, że zaraz zamarzniemy jak tu zostaniemy i ruszyliśmy do stacji paliw, z której przyszliśmy. Zamawialiśmy ohydną kawę z automatu za 1 euro do czasu aż wzeszło słońce i mogliśmy łapać stopa na drodze. Przez dobre kilka godzin każdy nas ignorował aż podjęliśmy decyzję, że rzucamy autostop i idziemy na dworzec kolejowy. Kupiliśmy bilety do Koszyc, wiedząc, że Rumunia i Morze Czarne oddalają się od nas bardzo szybko.

Pociągiem przez Tatry..

Jechaliśmy prawdopodobnie najładniejszą trasą na Słowacji , wzdłuż Parku Narodowego, mijając wiele cudownych jezior i podziwiając Rysy z drugiej strony. Dla tych widoków zdecydowanie było warto odmrozić sobie tyłek!

DSC_7263.JPG

Koszyce okazały się miastem dobrym na kilka godzin, ale gdybyśmy zostali więcej to zdecydowanie nie wiedziałabym co tam robić. Skierowaliśmy się na dworzec autobusowy -i kupiliśmy kolejny bilet. Niedaleko, zaledwie 2h drogi stamtąd znajdowało się miasto Użhorod do którego planowaliśmy się kiedyś wybrać. To brzmiało jak świetna okazja !

Użhorod

Użhorod to malutkie miasteczko, dość niezadbane i położone nad rzeką. Stanowi jedno z popularniejszych destynacji na Zakarpaciu na weekendowy wypad. Chyba nie ma u nich zbyt dużo zagranicznych turystów, bo gdy poprosiliśmy o menu w języku angielskim żebym mogła szybciej się z nim uporać to dostałam kartkę wyrwaną z zeszytu z ręcznie pisanym ( „jak kura pazurem”) spisem dań. Zniechęciło nas to do dotychczas mało sympatycznej obsługi. Pomimo sporego wyboru knajpek przez cały dzień i tak wracaliśmy non stop do jednej, serwującej pyszną kawę i gofry na słono. W trakcie zwiedzania zaczęliśmy się zastanawiać gdzie dalej się udać. Może Lwów?

img 20170825 171750 584 - Jak nie dotarliśmy nad Morze Czarne
img 20170826 141519 199 - Jak nie dotarliśmy nad Morze Czarne

DSC_7356

Gdy okazało się, że u rodziców Yarka pojawił się skuter to zaświeciły nam się oczy. Szybkie obliczanie trasy, cała noc w drodze, do Lwowa, potem do Łucka, potem dalej. Damy radę ! Upał był jednak nie do zniesienia i czuliśmy, że w autobus wsiadziemy niezbyt zadbani. Chwila, spacerując po mieście widzieliśmy jakieś baseny! I faktycznie, za 10 zł mieliśmy prysznic, leżaczki i basen. Zrobiło się przyjemnie 🙂 Po kilku godzinach mogliśmy śmiało ruszać w kierunku dworca.

Następnego dnia już byliśmy w domu rodzinnym Yarka nieopodal granicy z Białorusią.

DSC_7314

Rzuciliśmy się na jedzenie, potem poszliśmy wypróbować skuter. Podczas ostatniej wizyty jeździliśmy po lesie ciągnięci przez konia, teraz wchodzimy w XXI wiek i bierzemy skuter!

Początki były nie najlepsze, a po ścieżkach jeździ się dużo trudniej ze względu na dziury, błoto czy inne nieszczęścia. Dojechaliśmy szczęśliwie do jeziora ( a nawet wróciliśmy !) i to w bardzo ładnej oprawie. Spokój, mało aut, las i natura 😉

img 20170827 213849 324 1 - Jak nie dotarliśmy nad Morze Czarne

Powroty nie zawsze są łatwe. Nasz nie był

Z samego rana ruszyliśmy do Lwowa, skąd najłatwiej byłoby nam się dostać do Krakowa. Uwielbiam Lwów i zawsze chętnie do niego wracam. Tego dnia ledwie napiliśmy się kawy i już trzeba było wiać na autobus. Nie chcę wspominać ile staliśmy na granicy, a potem gdy w końcu znaleźliśmy się w Lublinie, okazało się, że ostatni autobus do Krakowa już odjechał i musimy spędzić gdzieś noc (czyt. na dworcu).

Do 3 nocy spaliśmy na zmianę, bo gdy oboje się położyliśmy to policja już nas wybudziła. Trochę bez sensu, bo nikogo innego za bardzo nie było (oprócz bezdomnych), więc to nie tak że zabieraliśmy miejsce, gdzie mogły by usiąść jeszcze aż dwie osoby. A my naprawdę wyglądaliśmy nie najgorzej i trochę nam jeszcze brakowało do tej reszty żuli. O 3 wsiedliśmy w autobus do Rzeszowa, bo w środku byśmy przynajmniej tak nie marzli. Natomiast na dworcu w Rzeszowie znowu był problem, bo zaledwie kilka minut przed odjazdem okazało się, że stoimy na złym dworcu i do tego drugiego jest jakieś 15 min piechotą. Biegliśmy całą drogę i nie wiem jak to się stało, ale zdążyliśmy.

W Krakowie byliśmy na czas. Nad Morze Czarne nie trafiliśmy, ale chyba nie mogę narzekać na brak wrażeń. Tak spędziliśmy nasz długi weekend 😉

Podobało się ? Udostępnij innym !

Mam na imię Klaudia i od kilku lat stale podróżuję do coraz to nowych miejsc. Od pewnego czasu żona Yarka i wspólnie przemierzamy ten wspaniały świat. Pasjonatka fotografii i szukania tanich lotów, nieustannie planując nowe podróże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *