dsc8153 1 1140x760 - Kierunek na przygodę!
Armenia,  Azerbejdżan,  Gruzja,  Turcja,  Ukraina,  Węgry

Kierunek na przygodę!

Nie powiem, że rzadko mi się zdarza, abym zostawiała organizowanie podróży na ostatnią chwilę. Jest to absolutnie świadoma decyzja, która wynika często ze zbyt dużego lenistwa oraz nadania nieco więcej spontaniczności. Z naciskiem na to pierwsze 🙂 Tak też było z naszym wrześniowym wyjazdem, który trwał nieco ponad dwa tygodnie, a zobaczyliśmy Węgry, Azerbejdżan, Armenię, Gruzję, Turcję i Ukrainę. Dzień przed wyjazdem mieliśmy tylko bilety autobusowe do Budapesztu, loty Budapeszt – Baku i Stambuł – Zaporoże. No i bilet na lot nad Kapadocją, który udało mi się kupić online w całkiem niezłej cenie klik! Ster – kierunek na przygodę!

Budapeszt

Pojechaliśmy do Budapesztu w nocy, aby cały następny dzień poświęcić na zwiedzanie miasta, w którym ja zdążyłam już być dwa razy, a dla Yarka to był pierwszy raz. Budapeszt jest absolutnie fantastycznym miastem, który oferuje mnóstwo rozrywek, od łaźni, po diabelskie koło czy liczne kluby. I Buda, I Peszt, znajdujące się po obu stronach Dunaju gwarantują miłe dla oka miejsca, dzięki czemu warto się tu zatrzymać na jakiś czas by zobaczyć wszystkie najważniejsze atrakcje. My na szybko zwiedzamy te główne, a resztę dnia poświęcamy na wypoczynek nad brzegiem rzeki.

_dsc7410

JpegJpegJpeg

Azerbejdżan

Azerbejdżan jest nieco bardziej egzotyczny. Wychodzimy z lotniska w Baku i uderza w nas ciepłe, wilgotne powietrze, które wnet sprawia, że lepią się do nas spodnie i koszulki. Zamawiamy taksówkę ( które są tam dość tanie – jak i benzyna), aby szybko dostać się do zarezerwowanego kilka godzin wcześniej hostelu.

Okolica w przeciętnym Kowalskim mogłaby budzić zastrzeżenia. Nawet pies wygląda jakby nie czuł się bezpiecznie, więc gdy przypałętał się do nas pod sklepem, tak i prawie wszedł za nami do budynku hostelu. Pokój jest tani, dość brudny, z kratami w oknach – za to bez szyb. W łazience brakuje sufitu ( można sobie pooglądać całkiem sporo kabli, a Ci chętni to pewnie i jakiś gryzoni by się dopatrzyli. Mimo wszystko, jest to dla nas bardzo w porządku. W końcu – tylko tam śpimy, co za różnica czy po pokoju biegają nam dodatkowe 4 łapki, a dziura w łazience przecież tylko sprawi, że nie będziemy się martwić klaustrofobią – tak właśnie sobie wmawiam.

_dsc7557_dsc7577_dsc7580_dsc7652_dsc7673

Jpeg

Ciężko mi sobie przypomnieć, gdzie jeszcze słońce mnie tak oślepiało jak tu. Promenada została zrobiona z idealnie białych płytek tak, aby każdego oślepiać ( i nie patrzeć na cudze kobiety). W Azerbejdżanie, jak i w innych krajach byłego ZSRR, porozumiewanie się w języku rosyjskim nie stanowi problemu. Jest to wielkim ułatwieniem dla nas w trakcie podróży. Baku jest bardzo interesujące,  z charakterystycznymi Flames Towers, które górują nad miastem niczym statek kosmiczny. Spędzamy tam dwa dni, a także idziemy do niedalekiego Parku Yanar Dag, gdzie możemy ujrzeć wulkany błotne, oraz skałę, która pali się cały czas, na skutek wydobywającego się stamtąd gazu. Stąd też nazwa Kraj Ognia. 

Do Armenii

Ze stolicy Azerbejdżanu jedziemy autobusem do Tbilisi. Azerbejdżan i Armenia nie są w najlepszych stosunkach, tak więc granica między tymi państwami jest zamknięta. Gdy przyjeżdżamy na dworzec, łapiemy szybkie chaczapuri i szukamy najtańszego środka transportu do Armenii. Dworce w Gruzji nie przypominają tych europejskich. Ciężko zorientować się czy podwózkę proponuje ci taksówkarz, busiarz, czy morderca. W naszym wypadku taksówkarze są tak nachalni, że praktycznie wpakowują nas do aut, a potem nawet i gonią jak im uciekamy!

Armenia

Wysiadamy w Erywaniu na dworcu autobusowym. Miasto zupełnie nie przypomina stolicy państwa. Wygląda biednie,  opustoszałe,  na ulicach nie ma mnóstwa sklepów. Idziemy w stronę centrum w poszukiwaniu dobrego jedzenia. Dobrego, bo nie jedliśmy prawdziwego obiadu od kilku dni, chwytając w ręce tylko  to co można było kupić w sklepie. Idąc przez most widzimy go – Ararat. Ta potężna góra wznosi się tuż za granicą turecką i jest miejscem gdzie prawdopodobnie zatrzymała się Arka Noego. O ile Ararat jest dla nas niebywałą atrakcją, tak i my jesteśmy atrakcją dla lokalnych mieszkańców. Pewnie dlatego, że nie spotkaliśmy tu ani jednego turysty.

Długo szukamy jakiegoś baru, więc po ponad 40 min wchodzimy do restauracji sprawdzić ceny. Szybka kalkulacja i wielki szok gdy widzimy jak tu tanio. W restauracji obsługuje nas trzech kelnerów – jesteśmy jedynymi klientami. Zamawiamy 3 dania do podziału. Wielką niespodzianką okazuje się, gdy podchodzi do nas szef kuchni, pytając czy nam smakuje. Chce wiedzieć skąd jesteśmy i specjalnie dla nas przygotowuje jeszcze dwie darmowe miski zupy grzybowej ( łudząco podobnej do tej polskiej), a także pieczone cukinie. Mamy cały stół pełen jedzenia i picia, a płacimy…niecałe 45zł. Czujemy się trochę jak królowie( tzn. grubi)! W mieście, kto chce, może pójść do fabryki brandy i koniaku Ararat. Nas Erywań nie zachwyca, a czas goni, więc udajemy się na dworzec autobusowy by kierować się do następnego celu w Armenii – Jeziora Sewan.

Jezioro Sewan jest położone wysoko i jego temperatura zawsze jest dość niska. Znajduje się 60 km od stolicy, a więc mamy nadzieję, że jeśli wystarczająco wcześniej wsiądziemy w autobus, to uda nam się dotrzeć nad jezioro przed zmierzchem. Na dworcu spotykamy Polaka, który jeździł autostopem po Zakaukaziu. Mówi, że z tego dworca nie dostaniemy się tam gdzie chcemy i musimy jechać na dworzec północny.

Tłuczemy się zatłoczonym autobusem na drugi koniec miasta, by znaleźć pusty parking. Jako, że taksówkarze od razu poznają, kiedy nie wiesz co robić, to tuż przy nas zatrzymuje się starszy gość w ledwie jeżdżącej bryce. Informuje, że ostatni autobus już odjechał i dziś się nie dostaniemy nad jezioro, ale on ( rycerz na mechanicznym koniu ) może nas tam zawieźć za 20zł za osobę.  Czas to pieniądz, no to wsiadamy. Pyta o naszą dotychczasową podróż, skąd jesteśmy, a następnie opowiada o złych stosunkach z Azerbejdżanem i Turcją i jak do nich doszło.

Gość mimo wszystko nie zdobywa naszego pełnego zaufania, więc kiedy pyta nas czy znamy kogoś nad jeziorem to rżniemy głupa i twierdzimy, że czekają tam na nas przyjaciele.

Wysadza nas nad jeziorem, na jakimś polu, gdzie jest tylko kilka domów mieszkalnych, a obok znajduje się trasa szybkiego ruchu. Szybko oddalamy się  w nieznanym nam kierunku i po kilku minutach, gdy w końcu facet odjeżdża, odważamy się rozglądnąć gdzie wylądowaliśmy. Szukamy miejsca bez krowich placków i rozkładamy tam nasz podwójny śpiwór. Namiotu oczywiście nie mamy ( nie zmieścił się, musieliśmy zostawić miejsce na melony). W środku nocy przebudza mnie szczekanie, które zaczyna być coraz głośniejsze. Potrząsam Yarkiem, a ten szybko łapie co mu leży pod ręką i rzuca w stronę , z której dobiegał odgłos. Ucicha, a ja niczym nie zrażona znów usypiam, podczas gdy Yarek wkurzony czuwa jeszcze przez chwilę sam.

Budzi nas rosa na twarzach. Największą atrakcją poranka okazuje się mycie w lodowatej wodzie jeziora. Ale co tam mycie włosów jak tu trzeba jeszcze nogi ogolić ! A wokół muszki latają jak szalone i przyklejają się do mokrego ciała. Ja tu prawie goła latam, a tam dalej jakiś gość sobie ryby łowi. Dobrze, że przynajmniej głowy nie podnosi, bo by na pewno się zaskoczył.

_dsc7724_dsc7741

Przechodzimy kawałek wzdłuż jeziora, oglądamy żywe raki w akwariach i postanawiamy wracać do Gruzji. Naszym celem jest Turcja, lecz Armenia ma z nią konflikt, więc trzeba znowu jechać przez Gruzję.

Problemem jest to, że przecież nie ma nigdzie dworca. Łapiemy autostop do najbliższego supermarketu, w którym zaopatrywują się wszyscy jadący z Gruzji, także busy. Po kilkunastu minutach wiedzimy że nie jest dobrze. Busy są pełne i nie ma sensu na nie czekać. Zaczynamy więc łapać autostop do samiuteńkiej Gruzji 🙂

Na pierwszego kierowcę czekamy kilkanaście minut, nie mówi w żadnym znanym nam języku, w dodatku jest mrukiem, ale wskazuje nam ręką abyśmy wskakiwali. Miejsca nie jest dużo w starej furgonetce, więc nasze spore plecaki trzymamy przed sobą aby się pomieścić. Niczym sardynki w puszce przemierzamy górzyste tereny Armenii, modląc się aby ten szmelc nie rozwalił się gdzieś na drodze przy urwisku. Wysadza nas w małym miasteczku. Siadamy sobie przed blokiem, wyciągamy nóź i zaczynamy kroić melona. Tyle osób wygląda teraz przez okna, że czujemy się jak eksponaty na wystawie.

_dsc7750

Tym razem zatrzymuje się samochód z rodziną. Jest nam bardzo miło, że chcą nas podwieźć, biorąc pod uwagę fakt, że ledwo się wszyscy mieścimy. Jednakże kierowca – ojciec i mąż – wydaje się bardzo zadowolony i ciekawy naszej podróży.  W ostatnim aucie spotykamy ojca z synem wracający do Gruzji, z którymi przechodzimy granicę i jedziemy do Tbilisi. Cała trasa trwa prawdopodobnie krócej niż gdybyśmy jechali busem, tak więc bardzo polecam każdemu autostop w tym kraju.

Tbilisi

W Tbilisi  6 -pasmowe ulice, bez przejścia dla pieszych to norma, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić za pierwszym razem. Raz, dwa, trzy i siup na druga stronę ulicy. Kości całe, tyłek nie rozjechany, czyli wszystko gra.

Jedziemy kolejką górską, z której rozpościera się imponujący widok na miasto. Siedzimy na murku, jakaś dziewczyna pięknie śpiewa obok, a my patrzymy na most, który co kilka sekund rozświetla się blaskiem, by zaraz szybko zgasnąć. Takie Tbilisi chcemy zapamiętać. Wsiadamy w busa do Batumi gdzie jesteśmy wczesnym rankiem. Miasto wygląda zupełnie inaczej niż w zimie, jest pełne zieleni oraz ludzi zmierzających na plażę. Kupujemy bilety do miejscowości Trabzon. Mężczyźni na dworcu twierdzą, że dużo łatwiej będzie nam tam znaleźć autobus do Kapadocji, więc zdajemy się na ich wiedzę.

Jak typowy turysta idziemy na plażę – mamy kilka godzin do odjazdu podczas których chcemy wygrzać tyłki. Plaża jest bardzo kamienista. Łatwo się schodzi do wody (zimnej!), ale wejść można tylko na czworakach jak kot (i to taki gorszej rasy).

_dsc7812_dsc7794

Trabzon

Podróż przebiega wzdłuż skalistego wybrzeża. Na granicy czekamy ponad godzinę na kierowcę i autobus, którego kontrola trwa trochę dłużej. Ci zdesperowani mogą się zrzucić z klifu, z którego widać w błękitnej wodzie meduzy. Trabzon okazuje się tłocznym, brudnym miastem nadmorskim. Nie możemy znaleźć dworca w pobliżu, więc wchodzimy do biura podróży i pytamy o drogę.

Dworzec autobusowy okazuje się być podobno kawałek stąd, więc jedna z kobiet (jedyna, z którą można było się dogadać) łapie dla nas busa i mówi kierowcy gdzie nas wysadzić. Bez niej by się chyba nie udało. Na hali dworca możemy znaleźć kilkanaście różnych przewoźników – tylko trzech z nich jedzie do Kapadocji i bilety na najbliższe 2 dni są już wyprzedane. Strach zagląda mi w oczy, bo bilety na lot balonem już kupione. Podchodzę do faceta, który jako jedyny zdaje się choć trochę znać angielski i zerkając na mapę Turcji pytam:

– A macie bilety do Samsun?

-Nie

-A do Ankary?

-Nie

Wymieniam tak jeszcze o kilka miast, aż zdenerwowana pytam: „A dokąd macie jakieś bilety?”

No więc przez następne 30 minut tworzymy trasę naszej podróży. Bus do Kayseri jutro wieczorem, potem do Nevsehir, aż wreszcie do Goreme – nasz najważniejszy punkt wycieczki. Uspokojeni, zaczynamy szukać noclegu. Hostel okazuje się przyzwoity, a gdy budzimy się rano w ciemnym pokoju, myślimy, że jeszcze noc. Odsłaniając zasłony okna ukazują nam się ..cegły. To wyjaśnia brak światła dziennego o godzinie 10 rano.

Nie znajdziemy tu kąpieliska. Na plażach sa ogromne kamienie, a i kobiety nie mogą chodzić roznegliżowane ( kraj muzułmański ). Ja ryzykuję, siedzę na brzegu, gdzie woda chłodzi mnie w ten upalny dzień, jednocześnie mając zarzuconą na plecy chustę by pozostać zakrytą dla wszelkich oczu.

_dsc7899Niektórzy za bardzo się wczuli w klimat….

Kapadocja

Docieramy do Kapadocji następnego dnia w południe. Klimat się zmienił, jest suchy, a widoki niesamowite. Goreme jest zbudowane z piaskowca, a największą atrakcją wciąż pozostaje lot balonem o wschodzie słońca na który się udajemy. Zostajemy odebrani z hostelu o 4 rano. W balonie jest 8 osób, a ja robię zdjęcia jak szalona. Skończyło się na ponad 300 ujęciach. Wschodzące słońce oświetla skały oraz inne kolorowe balony tworząc niezapomniane widoki. Lot trwa nieco ponad 1,5h, a potem wszyscy świętujemy to, że nie spadliśmy.  Chodzimy uliczkami miasta, obserwujemy koty i jemy kolejne kilogramy melonów. Cieszymy się tak pięknym miejscem, w którym mamy szczęście być.

_dsc8153_dsc8013_dsc8002

_dsc8187

Jpeg

Stambuł

Stambuł przedstawia nam się jako brudny i zaniedbany. Zwiedzamy jego uliczki śledząc ludzi pijących herbatę w malutkich szklaneczkach na niewielkich stolikach. Wchodzimy do Błękitnego Meczetu i zachwycamy się jego pięknem. Darujemy sobie natomiast Hagia Sofia do którego wstęp sporo kosztuje i podziwiamy go z zewnątrz. Płyniemy przez cieśninę Bosfor obserwując ze wszystkich stron miasto.

W Grand Bazaar decyduję się kupić mamie szal z kaszmiru. Wiedząc, że trzeba się targować, gdy słyszę cenę 200 lirów, od razu krzyczę 100. A on się zgadza ! Jestem w szoku, czuję się oszukana, bo skoro tak łatwo poszło to to musi być mniej warte. Zażenowana postanawiam stamtąd wyjść słysząc za sobą okrzyki kupca „Przecież się zgodziłem na waszą cenę !” Aż chciałoby się powiedzieć: „No właśnie stary, to właśnie dlatego”. ( A szalik w końcu kupiłam gdzie indziej za 75 lirów :))

Dzielnica w której mieszkaliśmy okazał się bardzo rozrywkowym miejscem wieczorem, gdy wszystkie restauracje rozstawiają stoliki na zewnątrz, wszędzie gra muzyka, niektórzy wesoło śpiewają, inni wznoszą toasty. Przechadzamy się pomiędzy nimi chłonąć ten nadzwyczajny klimat miejsca.

Jpeg

_dsc8495_dsc8421_dsc8329_dsc8427

Ukraina

Ze Stambułu przylatujemy do Zaporoża. Lotnisko wzbudza sensację „hala” przylotów jest wielkości poczekalni u lekarza. Obsługiwane są chyba dwa loty w tygodniu. Mieliśmy ambitmy plan aby jechac przez Odessę oraz Mołdawię, ale patrząc na rozkład jazdy pociągów po prostu byśmy się nie wyrobili.

Decydujemy się na Kijów. Prawie noc, dzwonimy po taksówkę by dostać się na dworzec kolejowy. Pani z którą Yarek rozmawia przez telefon okazuje się gburowata, w dodatku nie ma zamiaru rozmawiać po ukraińsku, odpowiadając na wszystko po rosyjsku. Gdy w końcu podjeżdża, taksówkarz zabiera nas na wskazany dworzec. Po drodze zatrzymuje go policja, mówiąc że przejechał linię ciągłą (na drodze nie było żadnych, trzeba było je sobie wyobrazić). Kierowca twierdzi, że nie zapłaci i na tym kończy się rozmowa.

Pociągiem jedziemy kilka godzin do Dnipro, ponieważ w trakcie jazdy pociąg zatrzymał się i stał tak ponad godzinę ( przerwa na kawę). Ledwo rzucamy okiem na miasto i prędko wsiadamy w autobus mający zawieźć nas do Kijowa. Podróż tragicznymi drogami trwa 8 godzin.

Kijów okazuje się miejscem gdzie budki z kawą z ekspresu (dobrą !) stoją co kilka metrów. Miasto jest nieco bardziej zadbane niż Lwów, ale jednocześnie ma zupełnie inny klimat. Cieszy nas możliwość zjedzenia tylu dobrych rzeczy, a także zobaczenia czegoś nowego. Błądzimy po mieście przez cały dzień, pijąc tradycyjną „Pijaną Wiśnię” oraz zajadając się domowym jedzeniem.

Cała podróż okazuje się wspaniałą przygodą pełną wrażeń. Nie chce się wracać, ale w końcu trzeba. Zmęczeni, pełni nowych wrażeń i doświadczeń, z prawie pustymi portfelami. Tak jak lubimy 🙂

Podobało się ? Udostępnij innym !

Mam na imię Klaudia i od kilku lat stale podróżuję do coraz to nowych miejsc. Od pewnego czasu żona Yarka i wspólnie przemierzamy ten wspaniały świat. Pasjonatka fotografii i szukania tanich lotów, nieustannie planując nowe podróże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *